Recenzje

Recenzja płyty "Horntet" / JazzPRESS (źródło)

Nie chcesz nikogo widzieć, z nikim rozmawiać, myśleć, wychodzić gdziekolwiek – z kimkolwiek. Po co właściwie, kiedy wszystko co dobre i właściwie wyartykułowane jestpod ręką i na rozciągnięcie spiralnego kabla słuchawek? Z tych wszystkich płyt, które wpadły mi ostatnio w ręce, które zajęły głowę i przeszyły serce, ta jedna zrobiła w nich dziurę wielkości tira. Rzuciła urok życia w offie, na dłuższą metę niebezpieczny. Bo uzależnia – wnosząc do życia specyficzny rodzaj fantazji i spokoju, sprawiający, że przestaje się chcieć do kogokolwiek ust otwierać. Bartłomiej Leśniak (fortepian), Robert Wypasek (saksofon tenorowy i sopranowy), Szymon Ziółkowski (saksofon altowy i sopranowy), Mikołaj Sikora (kontrabas) i Piotr Przewoźniak (perkusja) – zapamiętajcie te nazwiska. Zapamiętajcie tę nazwę. Horntet to nieobliczalność. To permanentny akt tworzenia i przemiany.

Nie powiem, próba sensownego zrecenzowania wszystkich numerów zawartych na płycie, jakiegokolwiek otarcia się o sens i znaczenia, była kusząca – zważywszy na stylistyczną różnorodność i eklektyczny charakter każdej z kompozycji. Ale po wsłuchaniu się w debiutancki materiał absolwentów akademii muzycznych w Krakowie i Katowicach stwierdziłem, żew zasadzie nie ma takiej potrzeby. Horntet to team, fantastyczna muzyczna drużyna pierścienia.

Całościowo dostajemy cztery autorskie numery Leśniaka, po jednym Ziółkowskiego i Przewoźniaka oraz standard Pannonica Theloniousa Monka. Jest bojowo (Przewoźnik), jest lirycznie (Ace of Bass), jest luzacko (Falling Up), refleksyjnie (Przebudzenie) i podniośle (Autopilot). I co najistotniejsze – jest w tym pewien rodzaj konceptualnej przewrotności. Kiedy żartują, zwykle są przy tym śmiertelnie poważni. Z kolei kiedy podchodzą do tematu na serio, robi się zgrywnie i z humorem. Instrumenty są wysmakowane, w klamrze, a proporcje improwizacji i jazzowych nastrojów odpowiednio wyważone.

Materiał zawarty na tym albumie jest prosty i nieprosty zarazem; podany bez przesadnego kombinowania, ale słychać, że chłopaki sroce spod ogona nie wypadli i w stosunkowo krótkim czasie wyrobili swój własny rozpoznawalny styl. Ich płytę należy traktować jako podsumowanie dotychczasowej czteroletniej działalności, więc można było się spodziewać, że będzie wszystkiego dużo i możliwie różnorodnie. I w tym konkretnym przypadku tak rzeczywiście się dzieje, ale w żadnym razie to nie zarzut. Pomimo siedmiu kompozycji, trwających w sumie 73 minuty, lepsze nie jest tu wrogiem dobrego, a więcej znaczy dokładnie tyle, ile znaczy. A znaczy dobrą płytę, nieszablonowe pomysły i jak najlepszą ścieżkę, którą obrali, i której – mam szczerą nadzieję – będą się trzymać.

Bartosz Szarek

Recenzja płyty "Horntet" / Blog Polish-Jazz (źródło)

W momencie, którym piszę ten tekst oprócz prowadzenia tego bloga prowadzę także wspólnie z Pawłem Ziembą audycję "Muzyka, która leczy" w RadioJAZZ.FM. Pomysł jej tytułu podsunął mi Redaktor Naczelny i dziennikarz tego radia, nieoceniony Piotr Wickowski. Tytuł od razu mi się spodobał, tak ze względu na to, że nawiązuje do mojej profesji, jak i dlatego, że przypomina to, co powiedział kiedyś o jazzie Pharoah Sanders, że jest "siłą uzdrawiającą świat". W jakimś sensie. Na pewno nie dosłownie. Ale faktem jest, że kiedy jazz grany jest z nastawieniem jakie miał np. późny John Coltrane'a czyli duchowym, metafizycznym, na poły religijnym, jeśli towarzyszy mu wiara, energia i entuzjazm, to muzyka ta potrafi umarłego na nogi postawić i zatrząść fundamentami świata. Taką muzykę grało Art Ensemble of Chicago czy - wymieniam tylko kilka nazwisk z brzegu - zespoły Henry'ego Threadgilla, Wadady Leo Smitha, Lestera Bowie, Sun Ra i oczywiście wspomnianego wyżej Pharoaha Sandersa.


Ale bywały takie składy oczywiście i w polskim jazzie. Wymienię tylko kilka przykładów jak np. Free Cooperation, Miłość, a w bliższych naszych czasach niezapomniany Power of the Horns, którego debiutancka płyta "Alaman" zbiegła się w czasie z pojawieniem się w polskim jazzie nowej, uzdolnionej generacji muzyków, której przedstawicieliele zagrali na tej płycie: m.in. Piotra Damasiewicza, Macieja Obary, Marka Pospieszalskiego, Pawła Niewiadomskiego, Jakuba Mielcarka, Maxa Muchy czy Dominika Wanii. Było to także - o ile dobrze pamiętam - pierwsze nagranie i pierwsza płyta wydana przez firmę wydawniczą For Tune.


A dzisiaj historia zatoczyła kolejne koło, bo w moich rękach znalazła się płyta nr 99 "madżentowej" (czytaj: jazzowej) serii wydawnictwa For Tune nagrana przez zespół Horntet. I słuchając tej płyty, znów jak przed z górą dekadą, poczułem dreszcz, poczułem jak włosy stają mi dęba na głowie, poczułem jak światło wypełnia mnie, a nóżka sama - jak to mówią - "chodzi". I znowu przed oczami migają mi nazwiska młodych, zupełnie mi nieznanych muzyków, chociaż należących do kolejnego pokolenia: saksofonistów Roberta Wypaska i Szymona Ziółkowskiego, pianisty Bartłomieja Leśniaka, kontrabasisty Mikołaja Sikory i perkusity Piotra Przewoźniaka. Kto wie jaka przed nimi przyszłość, ale sądząc po tym debiutanckim albumie może ona być równie interesująca jak ta, która czekała członków otoczonego już legendą Power of the Horns.


Zresztą już dzisiaj muzyki tych debiutantów słucha się momentami równie dobrze jak tej granej przez stare wygi! Szczególnie, że brzmienie tego kwintetu wprost nawiązuje do złotej ery hardbopu i słysząc wspaniałe dialogi saksofonów altowego z tenorowym, perkusyjny styl gry na fortepianie i klasycznie grającą sekcję rytmiczną, od razu przypominają się człowiekowi płyty, które nagrali Cannonball Adderley z Johnem Coltranem, którym bywało że towarzyszyli Wynton Kelly albo McCoy Turner na fortpianie, a w sekcji "szyli" na kontrabasie taki np. Paul Chambers z Jimmy Cobbem na perkusji. Na szczęście oprócz przebojowych kompozycji granych w tym stylu w rodzaju "Falling Up" czy "Coś nowego" mamy też na tej płycie standard pióra Theloniusa Monka "Pannonica" i bardziej refleksyjne "Przebudzenia" czy "Ace of Bass". Ale generalnie ta płyta to hołd złożony złotej erze nowojorskiego hard bopu.


I chociaż wszystko brzmi dobrze, wręcz mistrzowsko, to jednocześnie warto zauważyć, że szczególnie w tych utworach, gdzie powinna wybrzmiewać cisza, ciągle słychać jak wiele jeszcze pracy mają przed sobą młodzi muzycy mimo ogromu talentu jaki posiadają. Trzeba także uczciwie napisać, że chociaż pomysł na nostalgiczną wyprawę do krainy hardbopu jest sympatyczny jeśli chodzi o debiut, to gdyby artyści chcieli go powtarzać na kolejnych albumach, byłoby to - na przykład dla piszącego te słowa - rozczarowaniem. Prosta praca sekcji rytmicznej w tym czasach brzmi archaicznie w stosunku do tego czego oczekiwałby wybredny słuchacz dzisiaj. Także schemat utworów, w których wyraźnie wydzielone są części eksponowane jako "solówki" też jest już z mojego punktu widzienia "passe". Dzisiaj oczekiwałbym przede wszystkim współpracy instrumentów i poszukiwania czegoś absolutnie unikalnego, indywidualnego na poziomie  brzmienia. Wspominam o tych zastrzeżeniach nie po to, aby krytykować, bo muzyka na tej płycie jest świetnie zagrana, doskonale się jej słucha i podoba mi się. Ale jednak jest ona raczej przypomnieniem tego co już znam, a nie propozycją czegoś nowego, osobistego, czego jeszcze nie słyszałem. I to jest ważna różnica. Dlatego z ciekawością będę obserwował, który kierunek wybiorą w swoich następnych nagraniach ci niesłychanie utalentowani muzycy.

Maciej Nowotny

Recenzja płyty "Horntet" / Jazz-Fun.de (źródło)

Jest coś niewiarygodnego w szerokim zakresie dźwiękowym, który osiąga ta pięcioosobowa grupa, oraz w swobodnej gracji, z jaką artyści podają tę gęstą mieszankę dźwiękową. W każdym momencie tej muzyki chodzi o coś wspaniałego, jednocześnie o radość i energię, której nie da się wyczerpać. Od samego początku muzycy rozpieszczają nas czystą, pełną mocą, nawet jeśli czasami atmosfera staje się nieco liryczna. Zaskakująca świeżość, dynamika i kreatywność tego zespołu sprawiają, że to dzieło staje się wyjątkowym przeżyciem.

Jacek Brun

Recenzja płyty "Horntet" / Polska Płyta Polska Muzyka (źródło)

Horntet bazuje na mocnych elementach jazzu lat 50/60., ale potrafi uwspółcześnić przekaz brzmieniowy nowatorskimi elementami, które kształtują ich muzykę w dosyć oryginalny sposób. Tak też dzieje się na debiutanckim albumie zatytułowanym po prostu „Horntet”, który powstał dzięki współpracy z Narodowym Instytutem Muzyki i Tańca w ramach programu „Jazzowy debiut fonograficzny”. Można to uznać za pewien rodzaj rekomendacji, choć w ich przypadku najlepiej broni się sama muzyka, będąca wynikiem dużej erudycji, ale przede wszystkim szerokiej wizji artystycznej, która specyficznie naznacza ten projekt.

To zdecydowanie żywa materia muzyczna, pełna werwy i upojnej, zjawiskowo płynącej energii. Właściwie należy powiedzieć, że ten album to zderzenie różnych intencji, gdzieś na końcu spajających się w pełną artyzmu “opowieść”. A odpowiadają za nią wszyscy muzycy, czyli Bartłomiej Leśniak (fortepian), Robert Wypasek (saksofon tenorowy i sopranowy), Szymon Ziółkowski (saksofon altowy i sopranowy), Mikołaj Sikora (kontrabas) i Piotr Przewoźniak (perkusja).

Zawodowo zmaterializowana iluminacja muzyczna zrodziła się w tym przypadku na podłożu klasycznych założeń, tradycji, ale też nowoczesnego jazzu. Każda propozycja w ich wykonaniu zaciekawia brawurą i fachowym udoskonalaniem pewnych odniesień, które budują mocny fundament całości. Wyjątkowo wypadają fragmenty propozycji, w których występuje coś na zasadzie kontrastu, gdzie każdy artysta stara się zaznaczyć swoją obecność poprzez własny reprezentatywny styl, jednocześnie nawiązując do harmonii innego motywu muzycznego. I co ciekawe, to wszystko ze sobą doskonale współgra, tworząc pewną kompletność („Przewoźnik”).

W niektórych miejscach dochodzi do interesującego zestawienia klasycznych motywów – wynikających z przyjmującego czasem pierwszoplanową rolę fortepianu – z frywolnością dęciaków, które przeistaczają w mniej oczywistym kierunku przyjętą strategię. Zresztą wiele tu zmian tempa, wpływających na klimat całości i w takich miejscach improwizowany format staje się jakby częścią większego spektaklu muzycznego („Autopilot”).

Nie zabrakło też poruszających spokojniejszym klimatem, bardziej stonowanych momentów, które nie starają się potęgować bezpośrednich doznań, ale za to pogłębiają emocjonalną stronę projektu („Przebudzenia”). Na płycie znalazła się też zaskakująca kompozycja, bo wyciągnięta z repertuaru amerykańskiego pianisty – Theloniousa Monka („Pannonica”). Nowa aranżacja tej propozycji może być zaskakująca, bo znacząco odbiega od pierwowzoru, wpisując się język, którym posługuje się zespół (warto dostrzec solo perkusyjne).

Wiele dzieje się na tej płycie, co potwierdza duże zaangażowanie i mnogą ilość pomysłów, odpowiednio rozmieszczoną w dosyć długich kompozycjach. To znów sprawia, że album nie przytłacza ekspresją i niekiedy mocnym natężeniem muzycznym. Także charakterystyczna dla free jazzu polirytmiczność nie jest przesadzona, bo równoważy ją jakby swingowa lekkość. Należy dodać, że grupie Horntet znakomicie udało się przenieść niedzisiejszy nastrój do współczesności, nadając mu zupełnie nowego sensu. Do tego dochodzi intensywność wyrazu, a także znacząca świadomość (wrażliwość) muzyczna wszystkich muzyków. Także jest kreatywnie, ale z zachowaniem pewnych standardów.

Ten album wydany przez ForTune to duże, jakże pozytywne zaskoczenie i warto, żeby jak najwięcej osób mogło się o nim dowiedzieć. Ze względu na długość, nie trzeba odtwarzać w całości, ale na pewno każdy jego moment jest wart uwagi.

Lukasz Dębowski

Recenzja płyty "Horntet" / Esensja (źródło)

W sumie to całkowicie zrozumiałe, że formacja, która działa aktywnie na scenie jazzowej od czterech lat, odnosząc przy tym niemałe sukcesy – vide najlepsza grupa 23. Przeglądu Zespołów Jazzowych i Bluesowych w Gdyni (2021), Grand Prix Blue Note Poznań Competition (2022), pierwsze miejsce w Lotos Jazz Festiwal 24. Bielska Zadymka Jazzowa (2022) – kiedy pojawiła się wreszcie szansa na wydanie debiutanckiego albumu, zdecydowała się maksymalnie wypełnić fizyczny nośnik swoją muzyką. W efekcie na zarejestrowany w marcu ubiegłego roku w studiu Tokarnia 2.0 w podwarszawskim Nieporęcie krążek zatytułowany po prostu „Horntet” trafiło siedem kompozycji, trwających w sumie siedemdziesiąt trzy minuty. I to był błąd. Gdyby repertuar płyty okrojono o dwa utwory – równie dobrze mogłyby to być dwa ostatnie – wyszłoby z tego wewnętrznie spójne dzieło, które podsycałoby apetyt i sprawiało, że słuchacz, a przynajmniej ja, czekałby z utęsknieniem na ciąg dalszy.

Tymczasem końcówka albumu wywołuje uczucie przesytu, zwłaszcza że trwające dwadzieścia minut finałowe „Przewoźnik” oraz „Autopilot” nie wnoszą nic nowego do portretu krakowsko-katowickiej formacji. Czasami – dotyczy to również sztuki – mniej oznacza lepiej. Ustalmy jednak od razu kilka istotnych faktów: wydany przez For Tune „Horntet” jest płytą zasługującą jak najbardziej na uwagę i pochwały. Słuchając jej, do pięćdziesiątej minuty często czułem ekscytację i radość płynącą z obcowania z tą intrygującą, nadzwyczaj energetyczną mieszanką współczesnego free jazzu z klasyką rodem z przełomu lat 50. i 60. ubiegłego wieku. Później jednak czułem się coraz bardziej jak rowerzysta, któremu dane było zjechać z drogi asfaltowej na piaszczystą.

Horntet to kwintet, na czele którego stoi pianista (i autor większości kompozycji) Bartłomiej Leśniak, a towarzyszą mu: saksofoniści Robert Wypasek (związany także z Kwintetem gitarzysty Pawła Mańki i Kwartetem gitarzysty Andrzeja Kowalskiego) oraz Szymon Ziółkowski, kontrabasista Mikołaj Sikora oraz perkusista Piotr Przewoźniak. Gwoli ścisłości, „Horntet” to nie jest pierwsza płyta sygnowana tą nazwą; wcześniej w obiegu pojawiło się wydawnictwo koncertowe „Live at Radio Katowice”, które przed dwoma laty dołączone zostało do dziewiątego numeru „Jazz Forum”. Nakład był więc ograniczony i trafił jedynie do prenumeratorów czasopisma. Na krążek ten trafiły cztery kompozycje („Falling Up”, „Pannonica”, „Przebudzenia” i „Przewoźnik”); wszystkie kilka miesięcy później kwintet zarejestrował jeszcze raz, tym razem w studiu. Może warto było z którejś z nich zrezygnować, skoro i tak już była dostępna wcześniej na kompakcie…

Ale nie czepiam się już! Zwłaszcza że jest za co chwalić Horntet. To rzeczywiście zespół, który nie bierze jeńców. Nie oznacza to jednak wcale, że muzycy nie wiedzą też, jak stonować emocje, jak budować nastrój po kolejnym fortissimo. Choć fundament mają klasyczny, bardzo chętnie sięgają po improwizacje i elementy free, ba! nie stronią nawet od awangardy spod znaku tak zwanego „trzeciego nurtu” (głównie w „Autopilocie”). Instrumentarium kwintetu daje zresztą sporo możliwości: z jednej strony możemy liczyć na popisy solowe lidera na fortepianie, z drugiej na pełne energii dwugłosy i dialogi saksofonistów, wreszcie na dynamiczne pochody sekcji rytmicznej. Tak jest chociażby w otwierającym album „Falling Up”, w którym po freejazzowym otwarciu (z improwizacją pianisty i popisami dęciaków) w części finałowej przenosimy się – za sprawą Leśniaka – we wczesne lata 60.

Druga w kolejności kompozycja „Pannonica” jest jedynym dziełem, pod którym nie podpisał się członek grupy. To klasyk autorstwa legendarnego amerykańskiego pianisty Theloniousa Monka, który po raz pierwszy pojawił się na wydanym w 1957 roku longplayu „Brilliant Corners”. W oryginale słyszeliśmy grających na saksofonach Ernesta Henry’ego (altowy) i Sonny’ego Rollinsa (tenorowy), w wersji Horntet zastępują ich Wypasek i Ziółkowski. Nie oznacza to jednak, że powielają Amerykanów jeden do jednego; polska „Pannonica” to raczej „wariacja na temat”, z wybijającymi się na plan pierwszy improwizacjami dęciaków i fortepianu oraz solowym popisem perkusisty. W pamięci pozostaje przede wszystkim nieskrępowana radość wspólnego grania.

„Przebudzenia” to najdłuższy, niemal szesnastominutowy, rozdział opowieści. Znaczony rozbudowaną introdukcją fortepianową i nastrojowo powłóczystymi dęciakami. Z czasem utwór nabiera coraz bardziej niepokojącego charakteru, w czym utwierdza słuchacza również ciężka (na doommetalową modłę) gra sekcji rytmicznej. Co ciekawe, do Sikory i Przewoźniaka dopasowują się także pozostali instrumentaliści, wskutek czego, dotarłszy do finału, możemy poczuć się niemal dosłownie przeczołgani. Na szczęście „Coś nowego” sprawia, że przytłoczenie natychmiast przechodzi, a nogi zaczynają same „chodzić” w coraz szybszym i intensywniejszym rytmie. Pojawia się tu również kolejna okazja do wyeksponowania duetu kontrabasu i perkusji. „Ace of Bass” to, co sugeruje już sam tytuł, pomnik nade wszystko wzniesiony Mikołajowi Sikorze. On otwiera ten utwór i on do ostatnich sekund narzuca kolegom swój dyskurs. Od niego zależy, kiedy kwintet wyciszy emocje, a kiedy podkręci tempo.


W „Przewoźniku” mamy do czynienia z nieco luźniejszą formą. Dużo tu zmian tempa i nastroju, płynięcia pod prąd utartym schematom. Na przykład gdy unisono grającym klasycznie dęciakom towarzyszy improwizujący fortepian. Im bliżej końca, tym więcej do powiedzenia ma natomiast perkusista, w którego cieniu pozostają nawet soliści. O zamykającym krążek „Autopilocie” już wspominałem. To najbardziej awangardowa kompozycja na płycie, pełne niepokojących dźwięków preparowanego fortepianu, z którymi jednak zaskakująco kontrastują w części środkowej frywolnie brzmiące saksofony. W finale zazębiają się improwizacje wszystkich instrumentalistów. Co jednak dziwne, zamiast napędzać utwór, sprawiają one – takie przynajmniej można odnieść wrażenie – że muzycy zaczynają grać na wstecznym biegu. Może taki był ich zamiar? Wcześniej ponarzekałem na długość albumu. Jeśli i Wy dojdziecie do takiego samego wniosku, możemy sobie poradzić w inny, bardzo prosty sposób: podzielić go sobie na dwie części i słuchać we fragmentach. Wtedy przesytu na pewno nie odczujemy.

Sebastian Chosiński

Recenzja koncertu na Krokus Jazz Festiwal / Adam Domagała (źródło: Jazz Forum 12/2023)

W planie był jeszcze nocny koncert klubowy w Kwadracie. Grali laureaci konkursu sprzed roku, czyli kwintet (tu chwilowo jako kwartet) Horntet (Bartłomiej Leśniak - keys, Szymon Ziółkowski - as, ss; Mikołaj Sikora - b i Piotr Przewoźniak - dr). Muzycy przywieźli ze sobą świeżo wydany studyjny debiut. Płyta zawiera mocną, młodzieńczo rozbuchaną muzykę, która zapewne będzie ewoluować w stronę form bardziej przemyślanych i zwięzłych. Ale przecież nie można młodym mężczyznom, którzy są na tym etapie życia i kariery, gdy trzeba napinać muskuły, odmawiać prawa do bycia sobą! Kiedyś jeszcze przyjdzie czas, że będą się streszczać, a teraz niech dają z siebie wszystko, co Bozia dała. Nawiasem mówiąc, kiedy już na dobre zapadłem się w wygodnym fotelu, sącząc piwo zero procent, a Horntet grał nieco psychodeliczną kompozycję Przebudzenia, przeżyłem najprzyjemniejszą chwilę całego festiwalu.

Adam Domagała

Recenzja płyty "Horntet" / Adam Baruch (źródło)

To debiutancki album studyjny polskiego kwintetu jazzowego Horntet, pod kierownictwem pianisty i kompozytora Bartłomieja Leśniaka, z saksofonistami Robertem Wypaskiem i Szymonem Ziółkowskim, basistą Mikołajem Sikorą i perkusistą Piotrem Przewoźniakiem. Album prezentuje siedem utworów, z których sześć to autorskie kompozycje członków kwintetu: cztery autorstwa Leśniaka oraz po jednej Ziółkowskiego i Przewoźniaka, a także standard Theloniousa Monka.

Muzyka to nowoczesny jazz mainstreamowy, z rozległymi improwizacjami i skomplikowanymi aranżacjami, co skutkuje utworami trwającymi około dziesięciu minut i więcej. Pozwala to wszystkim członkom zespołu wyrazić swoje indywidualne umiejętności, eksperymentować z tempami i często rozciągać podstawowe linie melodyczne daleko poza ich początki. W rezultacie dzieje się tu wiele, co czasem wydaje się nieco nadmiarowe. Ci młodzi muzycy tryskają talentem i prawdopodobnie czują potrzebę udowodnienia siebie w niezwykle zatłoczonej polskiej scenie jazzowej, co może być powodem, dla którego rezultat wydaje się tak gęsty i gotowy do eksplodowania. Kwintet najlepiej sprawdza się, grając wolne, liryczne materiały, które stanowią jednak tylko niewielką część muzyki zawartej na płycie.

Album został nagrany w doskonałym Studio Tokarnia i był miksowany przez Jana Smoczyńskiego, co zazwyczaj gwarantuje jakość dźwięku, ale tym razem dźwięk jest nieco stłumiony/nietypowy, podkreślając fortepian ponad innymi instrumentami. Jednak oczywiście to tylko bardzo osobista subiektywna uwaga.

Podsumowując, to imponujący album, biorąc pod uwagę wiek i brak doświadczenia muzyków, co jest tylko pierwszym krokiem w ich karierze. Po prostu potrzebują czasu, aby odpowiednio się ułożyć. Oczywiście wskazuje to na potencjał i talent młodej polskiej sceny jazzowej, która ma wiele do zaoferowania.

Adam Baruch

Recenzja płyty "Horntet" / London Jazz News (źródło)

Horntet to kwintet młodych polskich muzyków pod przewodnictwem pianisty Bartłomieja Leśniaka. Pomimo że zespół powstał dopiero w 2019 roku, gdy jego członkowie byli studentami Akademii Muzycznych w Krakowie i Katowicach, grupa już może pochwalić się imponującym dorobkiem, w tym nagrodami na konkursie Blue Note Poznań oraz na Festiwalu Jazz nad Odrą. Ich debiutancki album, wydany w październiku nakładem For-Tune Records, zawiera siedem utworów, z których sześć to kompozycje autorskie.

Nagranie rozpoczyna się uderzającymi akordami utworu „Falling Up”, ekscytującej melodii eksplorującej eklektyczny zakres nastrojów. Zespół przechodzi przez fragment free, po którym następuje przejście do mrożącego klimatu modalnego swinga, by ostatecznie osiąść na trepającym, powtarzalnym rytmie. Sopranista Szymon Ziółkowski i kontrabasista Mikołaj Sikora prezentują interesującą improwizację w trzeciej części, gdzie melodyjne smyczki kontrabasu doskonale współgrają z lamentacyjnym brzmieniem saksofonisty.

„Przebudzenia”, zaczynające się refleksyjnym solo Leśniaka nawiązującym do stylu Billa Evansa, przedstawia temat wykonany unisono przez Ziółkowskiego i tenorzystę Roberta Wypaska – jest to melodyjna pieśń o hipnotyzującym charakterze, czasami przeplatanej szykownymi uderzeniami miotełek perkusisty Piotra Przewoźniaka. To również potężne bębny Przewoźniaka napędzają chaotyczne zakończenie tego utworu, w którym obaj saksofoniści prezentują unoszące się, splecione melodie.

Niezwykle trafnie nazwany „Ace of Bass” ukazuje umiejętności basisty Mikołaja Sikory, którego głębokie, drzewne dźwięki tworzą ciężki, molowy swing. Ten utwór ma bardziej konwencjonalny charakter, z sekcją rytmiczną zagłębioną podczas swobodnych fraz Leśniaka. Ziółkowski i Wypasek schodzą tu na drugi plan, ograniczając się jedynie do grania tematu – reflektor skupiony jest na fortepianie, basie i perkusji, które wspólnie tworzą hipnotyzujący groove.

Standard Theloniousa Monka, „Pannonica”, to jedyny utwór nieautorski na albumie, który otrzymuje nowoczesne opracowanie od Horntet. Tajemnicze, rozbudowane duo saksofonów inicjuje całość, zanim zostaje przerwane przez kanciasty rytmiczny motyw – to stanowi podstawę dla złożonej interpretacji melodii Monka. Następnie Wypasek zabiera zespół w kosmiczną podróż wirtuozerskim solo.

Horntet to kwintet jazzowy, który nie boi się eksplorować kontrastujących pomysłów muzycznych. Ten debiut pokazuje, że są już na dobrej drodze do stworzenia własnego, niepowtarzalnego brzmienia, łączącego elementy tradycji hard bopu z anarchicznym free jazem i współczesnymi groove'ami.

Sam Norris

Recenzja płyty "Horntet" / Era Jazzu (źródło)

Na Horntet, zespół młodych, elokwentnych muzyków zwróciłem uwagę podczas zmagać Blue Note Poznań Competition. Kwintet niezwykle ekspresyjnych muzyków, absolwentów Akademii Muzycznych w Krakowie i Katowicach (powstał w 2019 roku z inicjatywy pianisty Bartłomieja Leśniaka)  zdystansował uczestników poznańskiego konkursu zgarniając Grand Prix w 2022 roku. Mówią o sobie „wysłannicy swingu i mocnego jazzowego brzmienia” i czerpią pełnymi garściami inspiracje z dorobku takich mistrzów jak Thelonious Monk czy Horace Silver. Charakterystyka ich brzmienia to połączenie inspiracji klasycznym jazzem lat 60-tych połączonym z nowatorskim wykonawstwem, kreatywnością i nietuzinkową werwą. „Horntet” – swój debiutancki album  kwintet nagrał w składzie: Bartłomiej Leśniak – fortepian, Robert Wypasek – saksofon tenorowy i sopranowy, Szymon Ziółkowski – saksofon altowy i sopranowy, Mikołaj Sikora – kontrabas i Piotr Przewoźniak – perkusja. Za znakomitą jakość dźwięku i mastering odpowiedzialny jest Jan Smoczyński. Na krążku znalazło się siedem utworów, w tym cztery autorskie kompozycje Bartłomieja Leśniaka, oraz po jednej kompozycji Szymona Ziółkowskiego i Piotra Przewozniaka. Jest także standard „ Pannonica” Theloniousa Monka w oryginalnej aranżacji zespołu. Choć to ich fonograficzny debiut, są już dobrze znani jazzowej publiczności. Kwintet ma na swoim koncie koncerty w prestiżowych klubach jazzowych i na wielu festiwalach, a także znaczące sukcesy w najważniejszych polskich konkursach jazzowych (Tarnów International Jazz Contest, Przegląd Zespołów Jazzowych i Bluesowych w Gdyni, Grand Prix Blue Note Poznań Competition, Orlen Jazz Festiwal Bielska Zadymka Jazzowa, Jazz nad Odrą i Krokus Jazz Festiwal).  Wśród wielu rodzimych projektów jazzowych Horntet wyróznia się ogromną konsekwencją w trzymaniu jazzowej tradycji oraz szerokiej oraz nowoczesnej, jazzowej percepcji.

Dionizy Piątkowski

Recenzja koncertu na Krakowskich Zaduszkach Jazzowych (źródło)

Zespół ten został założony w 2019 roku przez pianistę Bartka Leśniaka, który jest pierwszym laureatem stypendium festiwalowego nazwanego „Nadzieją Polskiego Jazzu”. Nową tradycją cyklu Krakowskie Zaduszki Jazzowe jest fakt otwierania kolejnej edycji przez ubiegłorocznego laureata. Można zatem przypuszczać, że kolejne, 69. Zaduszki w Krakowie otworzy zapewne recital w wykonaniu Artura Małeckiego, młodego perkusisty, który w tym roku został laureatem stypendium. Wróćmy jednak do tegorocznej odsłony festiwalu i zespołu Horntet…

Oprócz zasiadającego za fortepianem Bartka Leśniaka, formację tę współtworzą saksofoniści Robert Wypasek i Szymon Ziółkowski, kontrabasista Mikołaj Sikora oraz perkusista Piotr Przewoźniak. Wszyscy panowie to wychowankowie konserwatoriów muzycznych w Krakowie i Katowicach, pomimo młodego wieku już mocno utytułowani kolekcjonerzy nagród na festiwalach dla młodych muzyków jazzowych. Inspiracjami do których wszyscy młodzi muzycy się przyznają, również podczas zapowiedzi Bartka Leśniaka poprzedzających kompozycje, są Horace Silver i Thelonious Monk.

Krótko mówiąc – koncert petarda i znakomite otwarcie dla tego typu festiwalu. Instrumentalna biegłość muzyków, świetne brzmienie, znakomite kompozycje, poczucie humoru – to przepis na świetny koncert. Dodatkowo sala koncertowa Ogrodu Sztuki umożliwia świetną realizację wizyjną i ilustrowanie tego, co płynie przez głośniki animacjami i ciekawą grą świateł. Panowie zresztą poszli za ciosem i prosto z Krakowa wyruszyli w trasę dając koncerty w Trzebnicy, Jeleniej Górze i Wrocławiu, z relacji znajomych wiem, że tamte koncerty były równie dobre pomimo tego, że pozbawione już takiej techniki estradowej, jaką można było zaprząc do roboty w Krakowie.

Muzycy z kwintetu Horntet wykorzystali krakowski koncert do premiery swojego debiutanckiego albumu, który oczywiście można było zakupić w kuluarach wykorzystując okazję do zdobycia autografów.

Jeśli Horntet będzie grał w Waszej okolicy – nie przegapcie okazji. Świetna, żywiołowa muzyka okraszona tysiącem improwizacji, a odchodzący Najwięksi Polskiego Jazzu mają kolejnych wyśmienitych następców. Poniżej prezentujemy fotorelację z ich krakowskiego koncertu.

Sobiesław Pawlikowski

Recenzja płyty "Horntet" (źródło: Presto #40 LATO 2023)

(...) Ich debiut jest mocny i stanowczy. W tej muzyce młodzieńcze wybryki i werwa przeplatają się z przebłyskami dźwiękowej dojrzałości. Momentami, kiedy okazuje się, że każdy z wykonawców ma dużo do powiedzenia (a jakie to są ważne i piękne polifoniczne dyskusje!), robi się duszno. W odpowiedzi przychodzą wyczekiwane chwile rozładowania napięcia w kierunku tanecznego swingu lub melodyjnego dryfowania. Kompozycje zostały zaplanowane jako przestrzeń, w której jest wystarczająco dużo miejsca na zaprezentowanie indywidualnych umiejętności i niepodważalnej wrażliwości tak bardzo wyrazistych muzyków, przy równoczesnym skierowaniu uwagi słuchacza na to, że w tym zestawie brak któregokolwiek z wykonawców byłby niezwłocznie odczuwalny. Twórczość Horntetu jest przemyślana i spójna, przy czym nie można zarzucić jej bycia przewidywalną. A czy może byc coś ciekawszego niż debiut z obietnicą oryginalnego twórczego przebudzenia?

Greta Wolny

Koncert na Bielskiej Zadymce Jazzowej 14.06.2023 (źródło: Jazz Press 09/2023)

Notatki, jakie naprędce zapisałam podczas słuchania ich koncertu, niech wystarczą jako podsumowanie tej części wieczoru: „Absolutnie absorbujący, elektryzujący i do pożarcia; należy im się przyglądać”. Nienajgorsze podsumowanie dla nieprzyzwoicie zdolnych młodych ludzi, którzy właśnie zagrali jako support dla Esperanzy Spalding.

Marta Ignatowicz

Koncert na festiwalu Barwy Muzyki Improwizowanej w Opocznie 22.04.2023 (źródło: Jazz Forum 06/2023)

Drugi dzień festiwalu rozpoczął się z „grubej rury”. Wystąpił zespół Horntet, wystrzałowa ekipa, grająca muzykę, której nie zawahałbym się nazwać mianem bezczelnie genialnej. Jej moc brzmienia, rozmach i młodzieńcza dezynwoltura szły w parze z perfekcyjnym warsztatem, zgraniem i biegłością techniczną wykonawców. Widząc wchodzących na scenę młodych chłopaków, rozsiadłem się wygodnie, czekając na kolejną porcję miłych melodii, i nagle szok - już pierwszy utwór dosłownie zmiótł mnie z fotela, a potem było jeszcze groźniej. (…) Od razu zwróciłem uwagę na znakomicie napisane utwory, w których następowało „łamanie symetrii” na wszystkich poziomach - od struktury samej kompozycji, po harmonię (skale, swoboda tonalna), tempo (stop-time’y) i fakturę (odcinki polifoniczne). Na czubku „piramidy” rozgrywało się to, co wynikało z przyjętych założeń i kreatywności muzyków - sola, dialogowanie, jednoczesne improwizacje.


Bogdan Chmura

Koncert na festiwalu Jazz Jantar 26.06.2021 (źródło)

Po krótkiej przerwie na scenę Żaka wszedł zupełnie nieznany krakowski zespół Hortntet, który niedawno wygrał XXIII Ogólnopolski Przegląd Młodych Zespołów Jazzowych i Bluesowych Sax Clubu w Gdyni. Po paru minutach publiczność w Żaku miała już objaw kliniczny, mianowicie zespół opadu szczęki. Horntet czyli pianista Bartłomiej Leśniak, saksofonista tenorowy i sopranowy Robert Wypasek, saksofonista altowy Szymon Ziółkowski, kontrabasista Mikołaj Sikora i perkusista Piotr Przewoźniak to studenci Akademii Muzycznych w Krakowie i w Katowicach, którzy sformowali zespół pod koniec 2019 r. Najwyraźniej należą do artystów uskrzydlonych przez pandemiczny czas zamknięcia i dystansu, ponieważ to, co udało im się przygotować na gdyński konkurs i co zagrali na Jazz Jantar, imponuje pod każdym względem: kompozycji, aranżacji, wykonania. To zespół, o którego powinny bić się wytwórnie płytowe. Jak już wspomniałem, i oni czerpią z tradycji i to nawet z tej samej epoki co Kuba Hajdun, czyli lat 50. i 60., nie jest to jednak tradycja mainstreamowa, ale dorobek najbardziej kreatywnych jazzmanów tamtych czasów. Oni sami powołują się na Theloniusa Monka i Horace'a Silvera, od siebie dorzuciłbym jeszcze Charliego Mingusa. To geniusze, innowatorzy, bez których dzisiejszy jazz byłby zupełnie inny. To właśnie oni skomplikowali, połamali, rozbujali w sensie ekspresji, rozwinęli improwizacyjnie muzykę jazzową. Pięciu chłopaków z południa Polski w pełni odnaleźli się w tym świecie dźwiękowym i powiedzieć, że zagrali bez kompleksów, to mało. Biegli warsztatowo, pełni pasji, wściekli, wrażliwi, tak jak oni teraz zagrali, mógłby zagrać trzy dekady temu zespół Miłość, gdyby wówczas potrafił to zrobić. Jako drugi utwór w kolejności została wykonana „Pannonica” Theloniusa Monka i była to jedyna kompozycja, która nie została napisana przez któregoś z członków zespołu. Głównym kompozytorem w Horntecie jest Bartłomiej Leśniak, który także pełni funkcję niekwestionowanego lidera i był konferansjerem tego koncertu, swoje utwory dołożyli także Piotr Przewoźniak i Robert Wypasek. To, że potrafią tworzyć w tak trudnym idiomie, czują go w pełni i potrafią porywająco zrealizować się konfrontacji z publicznością, sprawiło, że audytorium w Żaku kupiło ich natychmiast i ten debiut na Jazz Jantar można nazwać sensacyjnym i triumfalnym. Ostatnie porównywalne objawienie krajowego zespołu na tym festiwalu to był debiut tria Pokusa już w pierwszej połowie poprzedniej dekady. Horntet nie boi się ekspresji, nie boi się emocji i tymi emocjami zaraża słuchaczy. Każdy z członków pięcioosobowego kolektywu jest przekonujący w indywidualnej improwizacji, nikt nie odstaje poziomem, co w przypadku tak młodych muzyków zdarza się niezwykle rzadkie. Saksofoniści są świetni, ale kiedy milkli, Leśniak, Sikora i Przewoźniak radzili sobie znakomicie w roli tria fortepianowego. Proszę z dużym naciskiem: niech ktoś jak najszybciej wyda im płytę! Wtedy pierwsze miejsce w rankingach jazzowych debiutów w Polsce za obecny rok będzie już w zasadzie przesądzone.


Tomasz Rozwadowski

Krakowski Horntet (połączenie słów: horn, którym to określeniem jazzowi klasycy saksofonu nazywali swój instrument, i kwintet) już po kilku pierwszych dźwiękach metaforycznie rzucił publiczność z pozycji siedzącej w klęczącą. Zaczęli tak żywiołowo, z takim animuszem, z taką młodzieńczą werwą, że po prostu nie sposób było się im oprzeć. Nie można było się też od razu oprzeć myśli, że oto mamy do czynienia z prawdziwie niezwykłym, zjawiskowym składem, którego jedyną intencją jest radość wspólnego grania, i to grania, mimo niedługiego przecież estradowego stażu, od razu na wysokim, naprawdę wysokim poziomie. Muzycy kwintetu to studenci krakowskiej i katowickiej akademii muzycznych, ich wiek oscyluje więc w okolicach lat dwudziestu z niewielkim plusem. Mają za sobą już pierwszy laur – są laureatami XXIII Ogólnopolskiego Przegląd Młodych Zespołów Jazzowych i Bluesowych Sax Clubu. I od razu widać, że przebywanie razem na scenie (a wcześniej kształtowanie poszczególnych kompozycji) sprawia im niezwykłą radość. Jednocześnie czujni i swobodni, zatracający się w niezwykle emocjonalnych (i emocjonujących) solówkach i szybko porządkujący szeregi, gdy przychodzi moment kolektywności. Ich muzyczne fascynacje rozciągają się od Theloniousa Monka (którego kompozycji własną przeróbkę wczoraj zagrali), Erica Dolphy’ego, Kenny’ego Kirklanda po Esbjörn Svensson Trio. Generalnie osadzeni są więc nie tak daleko od wzorów tria Jakuba Hajduna, choć śmiało sięgają ku też osadzonej w sumie w tradycji współczesności. Zachwyca cały zespół. Pianista Bartłomiej Leśniak (w różnokolorowej czapeczce z daszkiem, co upodabnia go nieco w scenicznym imidżu do Eltona Johna - obaj mają zresztą podobną posturę), obaj saksofoniści: Robert Wypasek (tenor i sopran) i Szymon Ziółkowski (alt), kontrabasista Mikołaj Sikora i perkusista Piotr Przewoźniak uzupełniają się w sposób wręcz idealny. Jakby urodzili się, by grać właśnie w tym konkretnym składzie. Obaj saksofoniści na froncie raz to grają te same, fantazyjne partie, raz to się ze sobą, w idealnych ćwierćsekundach, przeplatają, a ich solowe popisy to po prostu maestria. Leśniak na klawiszach, zawsze czujnie spoglądający na kolegów, a to zapamiętuję się w graniu, a to zarzuci delikatną i mocno wkradającą się w serce nutą. Sikora, jak na kontrabasistę przystało, stojący z tyłu, niby niepozorny, ale gdy skupisz się na chwilę na nim, widzisz, że wygrywa rzeczy cudowne, mięsiste i delikatne. No i niezwykle ofensywny Przewoźniak, grający całym sobą, przywodzący mi na myśl znakomitego Manu Katché w koncertowej odsłonie z Peterem Gabrielem. Całość jest, jak się rzekło, niezwykle żywiołowa, mocarna, ale też umiejąca spuścić z tonu, zarzucić wyciszający temat, rozrzewnić. Podziwom nie dość, gdy dodać jeszcze to, co chyba najważniejsze – własne kompozycje. Zarówno Leśniak, jak i Przewoźniak tworzą mozaikowe, znakomite, nie poddające się jednoznaczności utwory. Oto mogą zacząć kolejny numer bardzo swingującym tematem, i myślisz, że będzie on takim aż do końca, by nieoczekiwanie go zakończyć, pozostawiając na scenie (metaforycznie rzecz jasna) jedynie pianistę, który nieoczekiwanie skręca w stronę melancholii, by następnie budować napięcie do kolejnych fajerwerków. I takim właśnie, różnobarwnym jak czapeczka założycie zespołu, trybem toczy się cała muzyczna narracja Horntet. Jeżeli z tak wysokiego poziomu zaczynają, to aż strach pomyśleć, co będzie się działo dalej. Na wszystko, co wyjdzie z serc, palców i płuc tych pięciu panów będę czekał z radością.


Czesław Romanowski